Poranek przywitał nas mgłą. Temperatura nie za bardzo pozwala na wystawienie nosa bez długiego rękawa na sobie. Powoli kamping budzi się do życia a odgłos syreny nadpływającego olbrzymiego statku pasażerskiego nie jednego nieboszczyka zerwałby na równe nogi. Łukasz wygramolił się z namiotu i z aparatem w ręce idzie na łowy fotograficzne.
Geirangerfjord, pogoda lekko chłodzi zapędy do podziwiania widoków z wyższej perspektywy.
Mgła nieśmiało opada, odkrywając otaczające nas skały. Nie ma na co czekać, szybkie śniadanie i ruszamy na mały rekonesans po okolicy.
Geirangerfjord camping jeszcze senny.
Serpentynami wyjeżdżamy do góry i wąską drogą dojeżdżamy do malutkiego parkingu Vesterås gard 300 m n.p.m. Po 40 min dreptając po ścieżkach baranów i krów docieramy na punkt widokowy Løsta na wysokości 500 m .p.m. Trasa miejscami zaminowana dość mocno przez kupki zwierzaków no i dość śliska. Idąc tym szlakiem po deszczu zazwyczaj można natknąć się na żywy strumyk- dobre obuwie rzecz bezcenna.Trasa mocno pnie się w górę a widoki z niej są pierwszej jakości. Nie dziwimy się w ogóle, że Geiranger fjordmoże być uznawany za najładniejszy w Norwegii.
Geirangerfjord, widok z przedsionka namiotu też jest interesujący.Geirangerfjord, kierujemy się na punkt widokowy Løsta.Geirangerfjord, nie jesteśmy sami na szlaku.Geirangerfjord, Zosia czasami odciąża moje plecy i dzielnie pnie się w górę.Geirangerfjord, po drodze na głównym punkt widokowy znajdują się nie mniej interesujące.Geirangerfjord, Jak widać ślisko.do góry do góry!Geirangerfjord, komentarz zbędny.Geirangerfjord, punkt widokowy.Geirangerfjord, widoczną w oddali trasą będzie nam dane jechać, niestety widoki będziemy mieli zgoła odmienne.
Popołudniu pogoda niestety się zmienia, co było do przewidzenia. Chcieliśmy udać się jeszcze na punkt widokowy Skageflå, który jest opuszczoną górską wioską na wysokości 250 m nad fjordem ale w deszczu z naszą Zosią nie byłoby za przyjemnie. Z samego rana przy pewnej pogodzie dlaczego nie. Trasę można pokonać najpierw promem, prosząc o wysadzenie w odpowiednim miejscu. Albo dojechać samochodem do Homlong i potem 2 h marszu w jedną stronę.
Popołudnie spędzamy na placach zabaw 🙂 i łowieniu ryb w fiordzie! Wystarczy kij z żyłką na której zawiśnie blaszka z haczykiem a na pewno z głodu nie umrzemy nad Geiranger Fjord. Ryb jest tak wiele, że rybacy-turyści chodzili po kampingu z dymiąca się jeszcze patelnią oferując ciepłą rybkę.
Sama miejscowość Geiranger oprócz paru hoteli, campingów i kilku knajpek jest bardzo mała, można rzec kameralna. Warto przejść się w stronę wodospadu i wspiąć się po schodach, aby kolejny raz spojrzeć na fiord z wyższej perspektywy. Na górze jest również plac zabaw a więc taka wisienka na torcie dla dzieci. Schody prowadzą do Geiranger fjordsenter. Dodatkowo codziennie do portu zawijają mniejsze stateczki jak i te ogromniaste pasażerskie. Fajna dodatkowa gratka dla ich wielbicieli, ale nie tylko. Nas również wciągnęło ich obserwowanie.
Geirangerfjord, rzut oka na prawie całe Geiranger.
Kolejny dzień nie zapowiada się ładnie więc nie ma co siedzieć na miejscu. Ruszamy dalej. Jedziemy na północ Złotą Drogą aby Drogą Orłów dotrzeć do Drogi Trolli.
Górski krajobraz Norwegii oferuje nam tyle atrakcji, że nie mamy czasu na nudę. Fiordy swoim pięknem urzekają ale warto też wybrać się w wyższe partie gór jak Jotunheimen. Na naszej trasie nie mogło zabraknąć również lodowców – Jostendalbreen.
Największym lodowcem Europy jest Jostendalbreen. Aby zobaczyć jak lodowiec spływa z gór warto wybrać się na jeden z jego jęzorów. Bardzo popularne są Briksdalbreen na północy i Fjaerland na południowym zachodzie. My decydujemy się na Nigardsbreen na wschodzie gdyż później wyruszamy na trasę Sognefjellet i dalej do Geiranger.
Piękna od samego rana pogoda zachęca nas do dalszej podróży. Krótki przejazd promem z Fodnes do Gaupne i dalej kierujemy się na Jostendal.
W oczekiwaniu na prom.Pierwsze kadry Największego w Europie lodowca.
Gdy dojeżdżamy na miejsce z daleka już widzimy piękny jęzor lodowca, który schodzi zygzakiem z gór. A woda, która z niego cały czas wypływa wpada do pięknego jeziora do którego spokojnie można dojechać samochodem.
Z parkingiem nie ma największego problemu. Z chodząc kilka metrów w dół można dojść do miejsca z którego odpływa łódka skracająca czas dotarcia pod jęzor lodowca. Ale sama trasa jest przyjemna i w 45 minut jesteśmy pod jęzorem. Lodowiec w słońcu mieni się i błyszczy i staje się niesamowicie błękitny. A ja myślałam, że będzie biały.
Nasza Zosia śpi słodko a my robimy sobie sesje zdjęciowe na tle ogromnej masy lodu. Jeżeli nie jesteście z tak małym dzieckiem warto wybrać się z przewodnikiem na sam lodowiec. Trasy są prostsze jak bardziej wymagające, krótkie i długie. W rakach na butach i powiązani liną możemy poczuć się jak lodowi wojownicy.
Po około godzinnym spacerze docieramy pod lodowiec. Zosia obudzi się dopiero w drodze powrotnej,Jęzor lodowca co chwile oświetlany promieniami słońca- Nigardsbreen
Po kilku godzinach zjeżdżamy z gór do Gaupne i tam nocujemy na kempingu. Nie chcemy jechać dalej gdyż na trasę turystyczną Sognefjellet chcemy przeznaczyć cały kolejny dzień.
Drogą Sognefjell, nie wysiadając z samochodu możemy prawie dotknąć najwyższych gór Jotunheimen. Trasa prowadzi przez samo serce gór a my możemy podziwiać szczyty pokryte bielącym się śniegiem i czapami lodowców.
Pogoda nie rozpieszcza ale światło jak najbardziej- SognefjelletJotunheimen- kijki powbijane wzdłuż drogi, w czasie zimy są znakami dla pługów śnieżnych.Powoli wspinamy się na czterech kółkach wyżej i wyżej- SognefjelletPo drodze mijamy samotne hyty.
Olbrzymy w oddali, pomimo że wysokością podobne do naszych tatrzańskich szczytów to przewyższenia robią olbrzymie wrażenie. Jotunheimen.
Od fjordu Sognefjord wspinamy się stromą drogą do punktu widokowego Oskarshaug i podziwiamy polodowcową dolinę Helgedalen i Lusterfjord, odnogę Sognefjorden.
Punkt widokowy Oskarshaug, 100m od miejsca parkingowego.
Najwyższy droga Norwegii osiąga w punkcie widokowym Fantestein wysokość 1434 metry n.p.m. Widok z niego to jak panorama wprost ze szczytu góry.
Punkt widokowy Fantestein.
Śnieg nawet w lipcu zalega na tym terenie. A droga w wielu miejscach pokryta jest po obu stronach ścianami śniegu. Podążając dalej na północ teren się obniża i później gwałtownie spada do doliny Breiddalen.
Surowy górski krajobraz ustępuje bujnej zieleni. Koniec drogi Sogefjellet to miejscowość turystyczna Lom. W tym zimowym kurorcie zatrzymujemy się tylko na chwilę, aby zobaczyć słynny XIII w. kościół stavkirke ze smoczymi głowami kończącymi dach oraz dachówką w kształcie smoczej łuski. Jeżeli masz więcej czas to warto się tutaj zatrzymać i udać w piękne góry Jotunheimen.
Jadąc dalej drogą numer 15 chwilowo krajobraz dookoła staje się bardziej „pospolity” aż do momentu, kiedy znów wjeżdżamy w góry. Zastanawiamy się ile razy będziemy jeszcze tak się zachwycać podczas tego wyjazdu ale chyba to się nie skończy. Kulminacją zachwytów naszej trasy tego dnia to fiord Geiranger. Wcześniej warto wjechać na szczyt Dalnisiba. My jednak jedziemy dalej na szczycie pewnie mgliście a poza tym Geiranger już nas kusi. Serpentynami zjeżdżamy w dół i na punkcie widokowym spokojnie delektujemy się widokiem najpiękniejszego fiordu Norwegii.
ale to w następnym wpisie ;)[pi_wiloke_button button_name=”Geirengerfjord” contextual=”btn-success” size=”btn-sm” link=”https://byle-na-chwile.pl/geirangerfjord/”]
Naeroyfjord pozostawił w naszej pamięci niezapomniane wrażenia ale czasu nie mamy dużo a dużo jeszcze chcemy zobaczyć.
Wyruszamy dalej na północ. Z Gudvangen drogą E16 jedziemy do Aurland. Po drodze mijamy maleńką miejscowość Flam, bardzo popularne miejsce wycieczek. Tutaj można wsiąść do pociągu i ruszyć bardzo widokową trasą. Kolejka Flamsbana pokonuje długość 20 kilometrów do miejscowości Myrdal, która jest położona w górach. Wybudowanie linii kolejowej na początku XX w. w takim terenie było bardzo dużym osiągnięciem. 20 lat pracy, 20 tuneli, nachylenie torów nawet 28% a różnica poziomów pomiędzy stacjami aż ponad 860 metrów. Kilka lat wcześniej pokonałam tą trasę i rzeczywiście przejazd jest niesamowity.
Najpiękniejsze widoki z za okna samochodu jakie można sobie wyobrazić. Śnieżna Droga.
Aurland jest miejscem, z którego chcemy ruszyć na trasą Aurlandsfjellet tzw. Drogę Śnieżną, która jest na liście Narodowych Tras Turystycznych Norwegii.
Dla kogoś, kto nie lubi ostrych zakrętów część tej trasy może być koszmarem. W końcu wspinamy się z poziomu morza aż na 1300 m n.p.m. Oczywiście można ten punkt programu ominąć i pokonać góry najdłuższym tunelem Norwegii – 24 km. Ale tam to dopiero można dostał klaustrofobii.
My nie odpuszczamy i 50 km w górach pokonujemy. Chociaż cała trasa jest na niecałe 2 godziny. Nam zajmuje prawie cały dzień ( z przejazdem przez tunel to tylko 1h). Ale nie ma wyjścia. Dla Łukasza to postój, co 5 min. Góry, jeziora i śnieg a mamy środek lata. Przygotujcie się na mocny spadek temperatury.
Z miejscowości Aurland kierujemy się na punkt widokowy Stegastein. Osiem mocnych zakrętów i szybko pokonujemy wysokość. Punkt widokowy jest położony na wysokości 650 m tuż nad fiordem Aurland. Pogody może nie mamy jak marzenie ale woda w połączeniu z górami i śniegiem to jest to co lubimy najbardziej. Dla tych co nie lubią się wspinać to świetne miejsce aby poczuć klimat fiordów.
Punkt widokowy Stegastein.
I już myślisz, że dojechałeś najwyżej jak się da a tu niespodzianka. Kolejne zakręty i droga wspina się jeszcze wyżej. Krajobraz ulega zmianie. Jest zimno i coraz więcej śniegu. To niesamowite, że otaczają cię dość niewysokie pagórki a w rzeczywistości to szczyty gór a ty jesteś w samochodzie na 1300 m n.p.m. Trasa jest zamykana przez większą część roku, ale przejezdna i świetnie utrzymana w miesiącach letnich.
I co tu dodać?. Zdjęcia, choć odrobinę mogą oddać piękno tego miejsca.
Na dole około 18 stopni a tutaj ziiiimnnnnoooo!Trasa jest cudowna, czujemy się jak na grani tatr a siedzimy w samochodzie
Około 50 km piękna natury za nami. Zjeżdżamy z gór w doliny a potem nad fiord. Tu zostajemy na 2 dni. Czas odpocząć i nabrać sił.
Mamy świetny kamping a miejscowość Lærdalsøyri okazuje się bardzo ładna. Należy do narodowego dziedzictwa Norwegii.
Lærdalsøyri
W starym centrum znajdziemy ponad 160 świetnie zachowanych drewnianych domów wybudowanych w latach 1700-1880 w typowym stylu skandynawskim. Zachwycamy się typowym sielskim krajobrazem i trochę żal jechać dalej. Ale już niedługo ujrzymy prawdziwy lodowiec i już nie mogę się doczekać.
Pierwsze widoki na fiord Hardanger zaostrzyły nasz apetyt na więcej. Już nie mogliśmy się doczekać, aby zobaczyć inne cuda natury Norwegii jak m.in. Naeroyfjord. Nie decydujemy się na wizytę w Bergen. Miałam już możliwość odwiedzić to miasto a poza tym bardziej nas przyciąga natura. Drogą numer 13 jedziemy w kierunku miejscowości Voss. Miasto jest często odwiedzane przez turystów, którzy lubią odpoczywać, ale aktywnie. Jest dobrym miejscem wypadowym w okoliczne góry a jak ktoś woli wodę to nawet spływ rwącą rzeką można sobie zorganizować.
My jedziemy dalej i po około 40 km odbijamy z głównej trasy przy znaku Stalheimskleva. Jedziemy około 1,5 km wąską drogą w górę do hotelu Stalheim. To z tego miejsca rozpościera się wspaniały widok na dolinę Stalheim.
Dolina Stalheim.
Do niedawna tylko ta trasa było udostępniona dla ruchu, obecnie wykuto w skale również tunel. Ostre zakręty drogi o nachyleniu nawet 18% – 25% mogą przyprawić o zawrót głowy, ale widok na góry i piękną zieloną dolinę to rekompensuje.
Stromy zjazd do podnóża doliny Stalheim.
Jeszcze tylko parę kilometrów i dojeżdżamy do Gudvangen. Mała mieścina a właściwie osada oprócz jednego sklepu, małego portu oraz 2 kampingów nie oferuje za dużo, ale za to warto spędzić tutaj czas aby z bliska przyjrzeć się najwęższemu fiordowi w Norwegii. Jego „ uroda” została doceniona przez UNESCO i wraz z fiordem Geiranger znajduje się na liście światowego dziedzictwa kultury.
Tuż przy ulicy znajduje się Camping Gudvangen i widok na ścianę skalną, która niedawno się osypała niszcząc drogę.
Naeroyfjord liczy 17km i jest odgałęzieniem najdłuższego fiordu Norwegi Sognefjord. W najwęższym miejscu strzeliste i wysokie góry (wysokość 1500 m n.p.m.) oddalone są od siebie tylko na odległość 250 metrów. Po fiordzie kilka razy dziennie przepływają statki pełne turystów, którzy z poziomu wody podziwiają ten cud natury. My oczywiście chcemy wyjść w góry bo taka perspektywa podoba nam się najbardziej.
Na noc zostajemy na kempingu Gudvangen, który znajduje się od razu przy głównej trasie prowadzącej do osady. Widoki są niezłe. Tuż za nami góry, przed nami również. A woda spływająca z gór w wielu miejscach tworzy piękne wodospady.
Słońce jeszcze długo nie zajdzie, więc warto coś jeszcze zobaczyć. W odległości 20 km od Gudvagen po przejechaniu tunelu i skręceniu w lewo dojeżdżamy do małej osady Undredal, która do niedawna była możliwa do odwiedzenia tylko drogą wodną. Osada znana jest głównie z najmniejszego jednonawowego kościółka typu stav w Norwegii.
Kameralny kościół- Undredal.Undredal
Noc była deszczowa i zimna – 8stopni ale widocznie Zosi to nie przeszkadzało bo cały czas się odkrywała 🙂 Na szczęście następnego dnia pogoda zaczęła się poprawiać a już podczas wyjścia w góry była idealna.
Jak już wspominałam, chcieliśmy zobaczyć najwęższy fiord. Najlepszym miejscem na to jest wyjście w kierunku szczytu Rimstiegen (725 m n.p.m.) z małej wioseczki Bakka (tzn. kilka domów, którym udało się znaleźć jedyne płaskie miejsca tuż przy brzegu fiordu).
Jeden z nielicznych budynków w mieścinie Bakka.A to Bakka w pełnej okazałości.
Trasa jest dość wymagająca. Wąska ścieżka pnie się wysoko do góry. Ciężko znaleźć miejsce aby usiąść i spokojnie wyciągnąć Zosię z nosidełka. A więc idziemy nadal do góry. Dochodzimy powyżej linii lasu około 550 m n.p.m. i nie decydujemy się iść dalej. Dla Zosi to wystarczy. A fiord jest z góry przepiękny. Jak w folderze. Warto było się tak zmęczyć.
Panoramka zaraz po wyjściu na szlak.i następna.Szlak jest dosc stromy aczkolwiek nie wymagający żadnych umiejętności technicznych.Najdzielniejszy piechur na szlaku.Widoczki Widoczki.
i następne.
W rzeczywistości doszliśmy wyżej jakieś 40 metrów i zaczynaliśmy nieco wyżej.
Schodząc w dół spotykaliśmy coraz więcej osób, które jak i my przed chwilą wolnym krokiem wychodzą w górę. Jak to dobrze, że nam zawsze chce się wyjść tak wcześnie rano. Mniej ludzi a najważniejsze znacznie chłodniej 🙂
Norweskie fiordy znane są ze swojej urody na całym świecie a przyroda tego kraju zachwyca na każdym kroku. Nas Norwegia również zachwyciła, a kraj plasuje się na wysokim miejscu już do tej pory odwiedzonych przez nas miejsc.
Mieliśmy do dyspozycji w sumie około 3 tygodni ale na samych fiordach byliśmy niespełna dwa. Nie chcieliśmy całego czasu spędzić w samochodzie, więc skupiliśmy się na najważniejszych fiordach i ich dopływach oraz lodowcu Jostedalsbreen i górach Jotunheimen.
Na początek kilka słów czym jest fiord, jedno jest pewne, że nie jada z ręki 🙂 A jest jedynie niecką, doliną zalaną wodą morską którą wyżłobił ustępujący lodowiec/lądolud. Co ciekawe, nierzadko głębokość fiordu przewyższa wysokość strzelistych skał go otaczających.
To tyle teorii!
Pierwsze dni spędzamy w Oslo. Miasto i okolice znamy już bardzo dobrze więc czas na spakowanie i wyruszamy dalej. Odpuszczamy sobie południe Norwegii i skupiamy się tylko na terenach w trójkącie pomiędzy Oslo – Bergen – Alesund.
Na początek chcemy zobaczyć Fiord Hardanger. Miejscem z którego najlepiej zacząć piesze wędrówki po jego zboczach jest mała turystyczna mieścina Kinsarvik. Google map pokazuje nieco ponad 5 godzinną trasę z Oslo do Kinsarvik, ale nam zajmuje ona cały dzień i inaczej się nie da bo widoki po drodze nie pozwalają na ciągłą jazdę. Zresztą podróżując po Norwegii należy zmienić definicję podróży, celem staje się bycie w trasie a nie dotarcie do obranego wcześniej punktu. Oczywiście na taki luksus pozwolić sobie mogą osoby bez małolatów na pokładzie. Nie martwimy się wtedy co nasza pociecha zje na obiad a co na kolację i o której wyląduje w namiocie 🙂 To minusy, a plusy to dalej w opisie i na zdjęciach 🙂
Wybraliśmy drogę wyróżniającą się widokowo a przy okazji z możliwością zatankowania lpg (autogaz)
Płaskowyż Hardangervidda
W połowie trasy zaczyna się największy w Europie płaskowyż Hardangervidda(powierzchnia 6,500 km2, ze średnią wysokością 1,100 m n.p.m.). Obejmuje aż 3 regiony Hordaland, Buskerud i Telemark. Jest bardzo popularnym miejscem odpoczynku i wędrówek wśród Norwegów. Sam teren wędrówek jest niesamowity. Skąpa roślinność alpejska poprzecinana jest licznymi rzekami, strumieniami i jeziorami. Trasy jedno lub kilkudniowe, a po drodze można zatrzymać się w małych i wyposażonych w najpotrzebniejsze rzeczy domki. Norwegowie chętnie budują na obrzeżach płaskowyżu domki letniskowe tzw. Hytte.
Dużą atrakcją dla nas był sam wyjazd z terenów położonych na wysokości morza na tereny wysokogórskie i to w przeciągu kilkudziesięciu minut spokojnej jazdy. To tak jakby jadąc z Helu po 30 minutach znaleźć się na wysokości schroniska w Dolinie Pięciu Stawów czy w Morskim Oku. Na dole zielono, letnio a na górze srogi górski klimat, gdzie drzew jak na lekarstwo i skały pokryte są śniegiem. Zerkałem na wysokościomierz w zegarku i w najwyższych punktach trasy znajdowaliśmy się w okolicach 1350 m n.p.m.
Płaskowyż Handargervidda, początek trasy.Widoki zadziwiają i nie trzeba ruszać się z auta by je podziwiać.Pierwszy punkt widokowy, tuż przy drodze.Ciąg dalszy, za zakrętem nowe piękne miejsca.Deszczowa pogoda jedynie nadaje klimatu pasującego do tego miejsca.Tuż z za krawężnika drogi.
Eidfjord region
Na końcu naszej trasy do Hardanger fiordu przejeżdżamy przez piękną dolinę Måbødalen i zatrzymujemy się, aby zobaczyć Vorringfossen wodospad, który ze 145 m spada w dół doliny. Pogoda zmienia się diametralnie i nawet zaczyna lekko padać. Szkoda, bo wodospad nie ukazuje nam się w pełnej krasie.
I wszystko tak blisko, parę kroków od parkingu.Obracamy głowy o 90 stopni i ukazuje nam się to.
Eidfjord jest miejscem turystycznym i dla tych, co mają więcej czasu lub nie mają ochoty wędrować po górach warte zobaczenia jest: Kjeasen wioska, która góruje na wysokości 530 m n.p.m. nad Sima fiordem oraz Hardangervidda Naturcenter, które przedstawia naturę, klimat i środowisko Norwegii.
Ullensvang region
Kinsarvik był miejscem naszego pobytu przez dwie kolejne noce. Małe miasteczko ma trzy kempingi i jest popularnym miejscem dla wypoczywających nad fiordem turystów.
Widok na fiord z portu w Kinsarvik-uCiepła kolacja na chłodnym powietrzu.
Naszym celem oczywiście było wyjście w góry, aby tym razem z innej perspektywy spojrzeć na fiord. W rejonie Kinsarvik jest kilka różnych tras o zmiennej trudności i długości. My z naszą Zosią, dwulatką na wszystko nie mogliśmy się pokusić. Ale o tym w dalszej części wpisu.
Pogoda początkiem następnego dnia nie zachęcała do pieszych wędrówek, ale na szczęście później się zdecydowanie poprawiła, o czym przekonaliśmy się będąc już na szlaku. Wychodzimy na cześć trasy tzw. HM Queen Sonja’s trail.Szlak rozpoczyna się z placu który stanowi nieoficjalny parking (brak oznaczeń ale i brak zakazów) do którego można dojechać skręcając w lewo tuż przed stacją paliwową. Po około 8 minutach jazdy dojeżdżamy do naszego nieoficjalnego parkingu położonego jakieś 140 m. n.p.m. Po 2 godzinach wychodzimy na pierwszy z punktów widokowych na wysokości 750 m n.p.m. Później wspinamy się jeszcze trochę wyżej, ale dalsza trasa to już nie z naszą małą Zosią. Normalnie człapalibyśmy dalej ale zielone gluty zwisające z nosa Zosi oraz poprzecinany od chustek nos przypominają nam, że niekoniecznie co przyjemne dla nas jest przyjemne dla dwulatka w nosidle.
My docieramy do wysokości około 850 m. n.p.m a cała trasa wspina się na ponad 1100 m n.p.m. Temperatura spada z każdym metrem wysokości a całość trasy to nawet 8 h marszu. Marszu, który nie wymaga umiejętności technicznych a jedynie samozaparcia i zdrowych kolan. Widoki ponad granicą lasu ukazują nam piękny Hardanger fjord, który rozwidla się na wschód i południe.
Początek lekkiego podejścia, cicho spokojnie.Pierwsze widoki na fiord.Na szlaku.Zasłużony widok po nieco ponad 2 godzinnym trekkingu.I nieco szerszy punkt widzenia.Podchodzimy wyżej na następne punkty widokowe, gdzie czas na mały posiłek.Widok na doliny.Powyżej już jedynie płasko i mrocznie, pogoda się powoli pogarsza, robi się nieco chłodniej i bardziej wietrznie.A to dowód że tam wdrapaliśmy się razem -foto by Pawcio 😉Zapis gps-a naszej wędrówki.
Kolejne dni można spędzić na dalszych wspinaczkach np.: trasa do 4 wodospadów w dolinie Husendalen, wymagajacy trekking na Mt Oksen (na którego mieliśmy smaka ale nam przeszło gdy ciągle widzieliśmy ostatnie 300 m. szczytu w chmurach i zielone gluty naszej córki), punkt widokowy z Utne po drugiej stronie fiordu od Kinsarviku oraz dalsze tereny jak Folgefonda lodowiec lub wspaniała ponad 10 godzinna trasa na słynny język trolla tzw. Trolltunga. My decydujemy wyruszyć w dalszą trasę na północ, gdzie kolejne fiordy, lodowce i góry przed nami.
Extra info
Trasa z Oslo do Kinsarvik przez Gol i Geilo zajmuje 5 godzin i ma długość około 340 km. Cześć tej trasy to Narodowa Trasa Turystyczna Hardangervidda (droga numer 7), która biegnie od Haugastøl do Eidfjord. Ma długość 67 km i należy do jednej z 18 dróg widokowych w Norwegii. Na trasie zobaczymy liczne wodospady, rozległe i zielone doliny, lodowce w oddali oraz płaskowyże i góry.
Kampingi są bardzo popularne w Norwegii i na trasie znajdziemy wiele z nich. W Kinasrvik wybieramy Kinsarvik camping (180 NOK za samochód i namiot + 25 NOK za 1 os dorosłą, prysznic 10 NOK za 4 min), który ma małą kuchnię, osobne prysznice i chyba najważniejsze jest na nim plac zabaw z trampoliną!.
Warto zamówić bardzo przydatne broszury informacyjne poprzez wysłanie maila do głównego oddziału informacji turystycznej danego regionu.
[pi_wiloke_button button_name=”Fotki- Taj Mahal” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/taj-mahal-zdjecia/”]
Być w Indiach i nie zobaczyć jednego z Cudów świata byłoby wręcz niewybaczalne. Tak przyznaje, widzieliśmy Taj Mahal wiele razy, ale nie na żywo i to trzeba było zmienić
Nasza podróż do Agry znowu trwała wiele godzin w pociągu z Waranasi. Bladym świtem wpadamy na dworzec i wszystko pięknie, jesteśmy na czas. Małpy skaczą po pociągach i okradają podróżnych. Szczury delektują się sadzawką i co chwilę czmychają w popłochu do sprytnie ukrytych kryjówek. Pan zamiatacz nabłyszcza peron a potem zasypuje jednego szczura w kanale! Ot ciekawostki.
Po dłuższej chwili wpada na peron mocno opóźniony pociąg Mahruda, który niczym nie rożni się od tego, który nas dowiózł z Deli do Waranasi. Niczym z zewnątrz, bo w środku to inna sprawa. Zaczynamy szorować naszymi krajowymi, mokrymi ściereczkami do twarzy czarne od potu i od podeszw siedziska. Całkiem nieźle sobie radzimy, niestety po pół godzinie do pociągu wpada starsza para i jestem zmuszony zmienić siedzisko na inne. I od nowa chusteczki idą w ruch! Noc mija całkiem szybko, na szczęście. Jedynie pojedynczo puszczane bezwolnie „bączki” i chrząśnięcia pasażerów przerywają sen, lecz tylko na chwilkę, bo zmęczenie daje nam o sobie znać i dalej spijmy błogim snem. Dojeżdżamy do Agry z dwugodzinnym opóźnieniem.
Wszechobecne małpiaki w miejscach publicznych nikogo tutaj nie dziwią.Na skróty
Agra to miasto jak każde inne w Indiach, oczywiście zatłoczone i zanieczyszczone, ale nasz hostel ma świetny widok z dachu na Taj Mahal. I to nam wystarczy.
Widok z dachu hostelu w którym się zatrzymaliśmy.
Jedziemy najpierw do Agra Fort. Wyjątkowo nam się tutaj podoba. Widok na Taj Mahal też jest niczego sobie. A sam fort niestety nie jest udostępniony w całości, gdyż wojsko ma tutaj swoją siedzibę. Fort należał do jednego z najważniejszych miejsc w świecie, panujących na terenie Indii Mongołów. Kolejni władcy zarządzali królestwem z tego miejsca.
Chcemy bardzo pojechać na drugą stronę rzeki Jamuny skąd roztacza się wspaniały widok na Taj Mahal. Niestety czasy kiedy można było podejść do rzeki i z nie tak dużej odległości zrobić zdjęcia minęły. Tuż przy brzegu rozstawiona jest siatka a zastęp chyba 20 policjantów niby pilnuje. Trochę szkoda, bo poziom wody w rzece jest dość nisko i nie widać jej na zdjęciach, ale no cóż. W końcu policjanci mają jakieś zajęcie.
Widok z przed ogrodzenia- widokówki nie dla każdego 🙂
Wracamy do naszego hostelu. Od przyjazdu uwielbiamy wieczorne wyjścia na kolacje. Jak to świetnie, gdy nie trzeba gotować a ty za małe pieniądze najesz się dobrze i do syta. Podjadam Thali – na jednym talerzu ciapati, ryż, warzywa w sobie curry, ser a Agata Parathe – placek z warzywami i smażony ryż z serem i jajkiem.
Następnego dnia jest jeszcze ciemno i nieśmiało uchylam okno z przekonaniem, że ujrzę za nim gęsta mgłę. Miłe zaskoczenie. Gwiazdy, księżyc i wszystko jak na dłoni a w oddali widoczne budynki Taj Mahal, który jeszcze „śpi”. Udajemy się do południowej bramy. Jest cicho i spokojnie. Psy zwinięte w rogale, rykszarze pokryci kocami i kilku turystów człapie sennie przed nami. Troszkę inny obraz Indii niż ten, do którego przywykliśmy. Do bramy południowej mamy 5 minut spacerkiem, rykszarz spod koca wyszeptuje nam, że musimy się jednak kierować w stronę zachodniej bramy, bo tam są kasy czynne od godz 6.30. Jego wersje potwierdzają hindusi człapiący za nami. Krótki spacer, stajemy w kolejce, bilety oraz woda i szmaty na buty w ich cenie i tak już o 6.50 wchodzimy do Taj Mahal.
Muskane porannym słońcem.
Wspomnę o tym, że znowu moja Bronia (Bronica EC-TL) zawiodła. Temperatura zmroziła mechanizm lustra tak, że modły błagania i szlochania nie pomagały, nawet baterie wymieniłem i w akcie desperacji parę razy ją stuknąłem leciutko i pieszczotliwie! Na szczęście jeden fotograf z Niemiec, który również używał średnio-formatowego aparatu podszedł do mnie i powiedział, że jego mamiya rz67 również „zaniemówiła”- czyli jest szansa, że jeszcze na kliszy zrobię parę zdjęć. Po godzinie, gdy temperatura wzrosła do 10 C° strajk zawieszono i dokonałem parę fotek na slajdzie. W kompleksie spędziliśmy 4 godziny a można i dłużej.
Taj Mahal, uznany za jeden z Cudów Świata, naszym zdaniem jest piękny. Niezwykłe jest to, iż kompleks jest dowodem miłości. Został postawiony przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów, na pamiątkę przedwcześnie zmarłej żony.
Kompleks składa się z głównej świątyni przykrytej ogromną kopułą oraz dwóch symetrycznych budowli po jej dwóch stronach. W rogach głównej świątyni stoją cztery minarety, z których muezin nawołuje do modlitwy. Budowla pokryta jest białym marmurem, który pięknie mieni się w słońcu. Dodatkowo marmur pokryty jest tysiącem kamieni szlachetnych, półszlachetnych oraz dekoracji z czarnego marmuru. Proporcje budowli, geometryczne wzory i kunszt wykonania są niezwykłe.
Ostatni raz byliśmy pod takim wrażeniem z powodu jakiejś budowli w Kambodży w Angkor Wat a więc potwierdzamy, że warto zobaczyć na żywo Taj Mahal.
[pi_wiloke_button button_name=”Fotki- Taj Mahal” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/taj-mahal-zdjecia/”]
Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat. Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂
Amritsar najświętsze miasto wyznawców Sikhizmu i stolica stanu Penjab była dla nas po wizycie w Waranasi najważniejszym miejscem w Indiach, które chcieliśmy zobaczyć.
Region Penjab znajduje się tuż przy granicy z Pakistanem. Stąd już niedaleko do Kaszmiru i Ladakhu nazywanego Małym Tybetem. Ale wizyta w górach to już plan na inną podróż.
Podróż do Amritsar
Dojazd do Amritsaru był dla nas niezłą przygodą. 22 h z Jaisalmeru w 4 różnych autobusach pozostało w naszych pamięciach … na zawsze.
Autobus „delux” sypialny.
Pierwszy z autobusów (którym myśleliśmy, że dojedziemy bezpośrednio do celu) miał dumną nazwę de lux. Miejsca leżące jak w kuszetkach pociągu. Myślimy nie jest źle. Autobus rusza, a my wygodnie ułożeni i gotowi do snu. Niestety przed wyjazdem Agata pytała mnie co jeśli w autobusie będzie tak samo zimno jak w pociągu (podróż pociągiem jednej z najniższych klasy to już osobna opowieść) . Odpowiedziałem, że to niemożliwe bo szyby musiałyby się nie domykać, a raczej w tej klasie autobusów to rzadkość. Po 5 minutach podroży przekonałem się, że w Indiach wszystko jest możliwe!
Szyby się nie domykały z niewiadomego mi powodu. Próbowałem z całych sił, z pełną desperacją je zamknąć a one jak gdyby nigdy nic! Agata miała ciut lepiej izolowaną wnękę i ciut lepszy śpiwór. Pozwoliło jej to przetrwać całą noc bez jęczenia i modlenia się o poranne słońce! Ja nie wytrzymałem ciągłego powiewu zimnego strumienia powietrza i zszedłem na miejsca siedzące! Eh tylko że tam było jeszcze zimniej! Kilka okien uporczywie, konsekwentnie i powolutku po zamknięciu otwierały się ponownie! Lepiej na siedząco marznąc niż jak mumia w śpiworze bez możliwości obrócenia się.
Tak dotrwaliśmy do godz. 8 rano i pozostała jeszcze tylko godzina. Na szczęście złapaliśmy gumę i można było przy ledwo widocznym za horyzontem słońcu rozgrzać kości! Panowie jakby czytali w naszych myślach i nie spieszyli się za bardzo ze zmiana ogumienia! Po 45 min. ruszamy dalej. Ostatni nasz przystanek to Gangarangan– jak zwał tak zwał! W miejscu tym turystów białych nie widziano od dawna, zresztą kto by się tu dobrowolnie pchał! My też chcemy stąd jak najszybciej zmykać. Kierujemy się do jednej z tzw. agencji przewozowej, aby zakupić bezpośredni bilet do Amritsaru. Ale Indie wciąż nas zaskakują. Panowie zza biurka ze stoickim spokojem informują nas że następny autobus do naszego celu wyjeżdża o 9 ale wieczorem! Krótka wymianie zdań i kierujemy się na lokalny dworzec. Po kilku minutach poszukiwania białego kruka mówiącego w języku angielskim wsiadamy do autobusu, który ma nas zawieść do miejscowości na K potem przesiadka w autobus do miejscowości na F a stamtąd to już bezpośrednio do Amritsaru! „Fajnie” pomyśleliśmy.
Ostatnie godziny w podróży do Amritsaru.
Dotarliśmy wreszcie do Amritsar i Złotej Świątyni, która przyciąga wyznawców Sikhizmu z całego świata, ale również turystów zafascynowanych tym miejscem.
Kompleks otaczający Złotą Świątynię.
Następnego dnia z samego rana udajemy się świątyni. W specjalnych szatniach zostawiamy buty i dostajemy obowiązkowe przykrycie na głowę. Jest bardzo zimno i bose stopy przymarzają do posadzki z marmuru. Oczywiście są pasy dywanów, ale jak się chce zrobić zdjęcie – no cóż trzeba pocierpieć.
Szatnie gdzie należy pozostawić swoje obuwie przed wejściem do świątyni.
Złota świątynia w Amritsarze zgodnie z opowieściami spotkanego Sikha w Delhi, robi ogromne wrażenie.
Złota Świątynia
Jest to ogromne centrum Sikhów. Wszystko dla każdego odwiedzającego jest bezpłatne. Ogromne szatnie przechowują tysiące bagaży i butów, kilka budynków mieszczą bezpłatne sale do spania i pokoje do wynajęcia za drobna opłatą, gigantyczna kuchnia wydaje codziennie ok 35 tys. bezpłatnych posiłków a autobusy dowożą wiernych z różnych stacji. Każdy może się przyłączyć do pomagania np w kuchni lub szatni.
Kuchnia tętni życiem cała dobę. Można zgłosic się na ochotnika i poczuc niesamowita atmosferę tam panującą.Expresowe mycie naczyń.Sale w których wierni oraz goście otrzymują darmowy posiłek.Na strawę liczyć każdy może.
Złota świątynia otoczona jest stawem Amrit Sarowar, w którym pielgrzymi z chęcią dokonują rytualnej kąpieli. Tylko w przeciwieństwie do Gangesu, staw jest codziennie filtrowany i czyszczony. Do świątyni umieszczonej na środku stawu prowadzi most guru. Świątynia jest cała ze złota, a w środku cały czas odprawiane są modlitwy zawarte w Świętej Księdze. Śpiewy słychać w całym kompleksie. Wieczorem wraz tłumem udajemy się do wnętrza świątyni.
Niesamowity poblask odbijającego światła złota.
Ja siadam przy mężczyznach a Agata kobietach. Czekamy do 21.30 kiedy to wielka księga zostaje zamknięta i przeniesiona na noc w specjalne miejsce. Przygotowanie do wyniesienia trwa wyjątkowo długo. Wszystko jest zbierane, czyszczone, pieniądze są upychane do wielkich skarbonek. Sama księga przykryta jest chyba 15 sztukami materiału. Potem okrywana chyba 20 prześcieradłami. Oczywiście system składania jest bardzo precyzyjny i dość skomplikowany. Po tych wszystkich czynnościach księga wreszcie wędruje do lektyki i uczestnicy ustawiają się w kolejce, aby choć na chwilkę ponieść jedno z ramion lektyki.
Święta księga Sikhów.
Niesamowite jaki czuliśmy się spokojnie i dobrze w tym miejscu. Udało się nawet odpocząć trochę od Indii 🙂
Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat. Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂
Wyjazd do Indonezji nie był dla nas pierwszym spotkaniem z Azją. Spędziliśmy wcześniej dwa miesiące w Tajlandii, Laosie, Kambodży i Wietnamie. Tamten wyjazd był niesamowity i od razu zakochaliśmy się w Azji. Kultura, religia, ludzie, jedzenie – to wszystko tak różniło się od tego, co mieliśmy na co dzień, ale tym samym było tak interesujące, że od razu po powrocie planowaliśmy kolejny wyjazd.
Wybór padł oczywiście na Azję i w sumie było nam obojętne gdzie, byle tylko znowu w tamte tereny 🙂
Promocja lotnicza do Singapuru i Jakarty zachęciła nas do odwiedzenia Indonezji. Mieliśmy nadzieję, że doświadczymy równie niesamowitych przeżyć, co w Azji Południowo Wschodniej. Oczywiście nie zawiedliśmy się.
Trudno nam zdecydować, które miejsce urzekło nas najbardziej. Jednak trzeba przyznać, że Indonezja jest tak różnorodnym krajem, iż każdy na pewno znajdzie tu coś dla siebie.
Jeżeli kiedykolwiek wrócimy do Indonezji to marzy nam się pobyt w dżungli na Sumatrze oraz na Papui Zachodniej.
A teraz nasza lista miejsc w Indonezji, które na pewno warto zobaczyć:
1. Tana Toraja na wyspie Sulawesi
Tana Toraja Tongkonan (tradycyjny dom)
Lud Torajów zachwyca przyjezdnych swoimi obrzędami pogrzebowymi. Dla mieszkańców tej wyspy, pogrzeb jest najważniejszym wydarzeniem w życiu, do którego należy się dobrze przygotować. Pośpiech nie jest wskazany. Nieboszczyk spokojnie musi poczekać na odpowiedni moment zanim zostanie pochowany (czasem może trwać to ponad rok). Uczty pogrzebowe trwają nawet kilka dni, liczba gości może dochodzić do 500 a zabitych bawołów do 100. Górski region Tana Toraja pokryty zielenią oraz licznymi tarasami ryżowymi kryje w sobie nie jedną tajemnice.
[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Tana Toraja” contextual=”btn-success” size=”btn-default” link=”https://byle-na-chwile.pl/sulawesi-region-tana-toraja-motorem/”]
2. Ubud na wyspie Bali
Uroczystości odbywające się na ulicach Ubud, Bali
Stolica kulturalna Bali jest centrum religijnym wyspy. W tym miejscu bez problemu będziemy mogli uczestniczyć w uroczystościach religijnych. Wizyty w licznych świątyniach pozwalają poczuć nam klimat wyspy. Tradycyjne przedstawienia tańca balijskiego z muzyką gamelanu zobaczymy i usłyszymy podczas licznych prób oraz specjalnie przygotowanych występów. Udud jest świetnym punktem wypadowym. Wypożyczasz motor i cała wyspa jest na wyciągnięcie ręki.
[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Bali i klimatycznym Ubud” contextual=”btn-success” size=”btn-default” link=”https://byle-na-chwile.pl/rajska-wyspa-bali/”]
3.Wyspy Gili
Mt. Rinjani widziany z plaży wyspy Gili Meno
Marzysz o plaży z koralowym piaskiem oraz błękitnej, krystalicznie czystej wodzie. Wyspy Gili są najrozsądniejszym wyborem, aby zasmakować rajskiej plaży. Położone u wybrzeża wyspy Lombok, trzy małe wyspy są miejscem gdzie słowo relaks nabiera odpowiedniego znaczenia. Nurkowanie, oglądanie rafy i pływanie z żółwiami wodnymi jest jedną z ulubionych w tym miejscu aktywności.
[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o rajskich wyspach Gili” contextual=”btn-success” size=”btn-default” link=”https://byle-na-chwile.pl/wyspy-gili-lombok/”]
4. Wulkan Rijani na Lomboku
Wschód słońca Mt. Rinjani 3726m n.p.m
Wulkany są niesamowite a ponieważ to góry to opuścić nie możemy. Wspinaczka na Rijani sama w sobie jest niesamowita. Najpierw przejście przez tropikalny las do krateru wulkanu, gdzie odbywa się nocleg, aby następnie w nocy przy niskiej temperaturze wspinać się na szczyt krateru. Jeden krok do góry ale i dwa w dół bo trasa to żwirowisko. Ale warto. Widok z góry jest niezapomniany.
[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o wulkanie Rinjani” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/lombok-wspinaczka-wulkan-rinjani/”]
5. Wulkan Bromo na Jawie
Bromo i koledzy w całej okazałości
Kolejny wulkan, ale jakże niepodobny do innych. Krater Tengger o średnicy 10 km zawiera w sobie trzy inne wulkany: Kursi, Bromo i Batok. Mt Batok wygląda dokładnie jak wielkanocna babka piaskowa a Bromo burza w powietrze oparami siarki. Wschód słońca z widokiem na wulkany przypominam nam tylko widok jak na księżycu.
[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Bromo” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/wulkan-bromo-wschod-slonca/”]
6. Wulkan Kawah Ijen na Jawie
Zabójczy odór tlenku siarki, chusta pomaga jedynie w małej części, Kawah Ijen
Kawah Ijen to dla nas jeden z najbardziej fascynujących wulkanów. Nienajwyższy, który odwiedziliśmy jednak najbardziej interesujący, dzięki pracującym tam górnikom. Ludzie z żelaza, a w zasadzie z siarki – tak ich nazywamy. Górnicy każdego dnia na swoich barkach dźwigają 80-90 kg kosze wypełnione siarka. Większość w japonkach przemierza trasę 2-3 razy dziennie. Za kilogram tego kruszcu otrzymują 600 rupi- woda mineralna kosztuje 3000. Trasa ich morderczej wędrówki to ok. 3km raz pod górę raz w dół. Na dole opary siarki drażnią błony śluzowe. Jest to ciężka praca w nieludzkich warunkach za śmieszne pieniądze.
[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Kawah Ijen” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/kawah-ijen-gornicy-spod-ziemi/”]
Więcej wpisów o naszej podróży po Indonezji znajdziecie TUTAJ
Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat. Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.