Amritsar czyli spokój w szalonych Indiach

Amritsar najświętsze miasto wyznawców Sikhizmu i stolica stanu Penjab była dla nas po wizycie w Waranasi najważniejszym miejscem w Indiach, które chcieliśmy zobaczyć.

Region Penjab znajduje się tuż przy granicy z Pakistanem. Stąd już niedaleko do Kaszmiru i Ladakhu nazywanego Małym Tybetem.
Ale wizyta w górach to już plan na inną podróż.

Podróż do Amritsar

Dojazd do Amritsaru był dla nas niezłą przygodą. 22 h z Jaisalmeru w 4 różnych autobusach pozostało w naszych pamięciach … na zawsze.

Amritsar
Autobus „delux” sypialny.

Pierwszy z autobusów (którym myśleliśmy, że dojedziemy bezpośrednio do celu) miał dumną nazwę de lux. Miejsca leżące jak w kuszetkach pociągu. Myślimy nie jest źle. Autobus rusza, a my wygodnie ułożeni i gotowi do snu. Niestety przed wyjazdem Agata pytała mnie co jeśli w autobusie będzie tak samo zimno jak w pociągu (podróż pociągiem jednej z najniższych klasy to już osobna opowieść) . Odpowiedziałem, że to niemożliwe bo szyby musiałyby się nie domykać, a raczej w tej klasie autobusów to rzadkość. Po 5 minutach podroży przekonałem się, że w Indiach wszystko jest możliwe!

Szyby się nie domykały z niewiadomego mi powodu. Próbowałem z całych sił, z pełną desperacją je zamknąć a one jak gdyby nigdy nic! Agata miała ciut lepiej izolowaną wnękę i ciut lepszy śpiwór. Pozwoliło jej to przetrwać całą noc bez jęczenia i modlenia się o poranne słońce! Ja nie wytrzymałem ciągłego powiewu zimnego strumienia powietrza i zszedłem na miejsca siedzące! Eh tylko że tam było jeszcze zimniej! Kilka okien uporczywie, konsekwentnie i powolutku po zamknięciu otwierały się ponownie! Lepiej na siedząco marznąc niż jak mumia w śpiworze bez możliwości obrócenia się.

Tak dotrwaliśmy do godz. 8 rano i pozostała jeszcze tylko godzina. Na szczęście złapaliśmy gumę i można było przy ledwo widocznym za horyzontem słońcu rozgrzać kości! Panowie jakby czytali w naszych myślach i nie spieszyli się za bardzo ze zmiana ogumienia! Po 45 min. ruszamy dalej. Ostatni nasz przystanek to Gangarangan– jak zwał tak zwał!
W miejscu tym turystów białych nie widziano od dawna, zresztą kto by się tu dobrowolnie pchał! My też chcemy stąd jak najszybciej zmykać. Kierujemy się do jednej z tzw. agencji przewozowej, aby zakupić bezpośredni bilet do Amritsaru. Ale Indie wciąż nas zaskakują. Panowie zza biurka ze stoickim spokojem informują nas że następny autobus do naszego celu wyjeżdża o 9 ale wieczorem! Krótka wymianie zdań i kierujemy się na lokalny dworzec. Po kilku minutach poszukiwania białego kruka mówiącego w języku angielskim wsiadamy do autobusu, który ma nas zawieść do miejscowości na K potem przesiadka w autobus do miejscowości na F a stamtąd to już bezpośrednio do Amritsaru! „Fajnie” pomyśleliśmy.

Amritsar
Ostatnie godziny w podróży do Amritsaru.

Dotarliśmy wreszcie do Amritsar i Złotej Świątyni, która przyciąga wyznawców Sikhizmu z całego świata, ale również turystów zafascynowanych tym miejscem.

Amritsar
Kompleks otaczający Złotą Świątynię.

Następnego dnia z samego rana udajemy się świątyni. W specjalnych szatniach zostawiamy buty i dostajemy obowiązkowe przykrycie na głowę. Jest bardzo zimno i bose stopy przymarzają do posadzki z marmuru.  Oczywiście są pasy dywanów, ale jak się chce zrobić zdjęcie – no cóż trzeba pocierpieć.

Amritsar
Szatnie gdzie należy pozostawić swoje obuwie przed wejściem do świątyni.

Złota świątynia w Amritsarze zgodnie z opowieściami spotkanego Sikha w Delhi, robi ogromne wrażenie.

Amritsar
Złota Świątynia

Jest to ogromne centrum Sikhów. Wszystko dla każdego odwiedzającego jest bezpłatne.
Ogromne szatnie przechowują tysiące bagaży i butów, kilka budynków mieszczą bezpłatne sale do spania i pokoje do wynajęcia za drobna opłatą, gigantyczna kuchnia wydaje codziennie ok 35 tys. bezpłatnych posiłków a autobusy dowożą wiernych z różnych stacji.
Każdy może się przyłączyć do pomagania np w kuchni lub szatni.

Amritsar
Kuchnia tętni życiem cała dobę. Można zgłosic się na ochotnika i poczuc niesamowita atmosferę tam panującą.
Amritsar
Expresowe mycie naczyń.
Amritsar
Sale w których wierni oraz goście otrzymują darmowy posiłek.
Amritsar
Na strawę liczyć każdy może.

Złota świątynia otoczona jest stawem Amrit Sarowar, w którym pielgrzymi z chęcią dokonują rytualnej kąpieli. Tylko w przeciwieństwie do Gangesu, staw jest codziennie filtrowany i czyszczony. Do świątyni umieszczonej na środku stawu prowadzi most guru. Świątynia jest cała ze złota, a w środku cały czas odprawiane są modlitwy zawarte w Świętej Księdze. Śpiewy słychać w całym kompleksie. Wieczorem wraz tłumem udajemy się do wnętrza świątyni.

Amritsara.
Niesamowity poblask odbijającego światła złota.

Ja siadam przy mężczyznach a Agata kobietach. Czekamy do 21.30 kiedy to wielka księga zostaje zamknięta i przeniesiona na noc w specjalne miejsce. Przygotowanie do wyniesienia trwa wyjątkowo długo. Wszystko jest zbierane, czyszczone, pieniądze są upychane do wielkich skarbonek. Sama księga przykryta jest chyba 15 sztukami materiału. Potem okrywana chyba 20 prześcieradłami. Oczywiście system składania jest bardzo precyzyjny i dość skomplikowany. Po tych wszystkich czynnościach księga wreszcie wędruje do lektyki i uczestnicy ustawiają się w kolejce, aby choć na chwilkę ponieść jedno z ramion lektyki.

Amritsar
Święta księga Sikhów.

Niesamowite jaki czuliśmy się spokojnie i dobrze w tym miejscu. Udało się nawet odpocząć trochę od Indii 🙂

 

Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat.
Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂

6 miejsc, które urzekły nas najbardziej w Indonezji – nasza subiektywna lista

Wyjazd do Indonezji nie był dla nas pierwszym spotkaniem z Azją. Spędziliśmy wcześniej dwa miesiące w Tajlandii, Laosie, Kambodży i Wietnamie. Tamten wyjazd był niesamowity i od razu zakochaliśmy się w Azji. Kultura, religia, ludzie, jedzenie – to wszystko tak różniło się od tego, co mieliśmy na co dzień, ale tym samym było tak interesujące, że od razu po powrocie planowaliśmy kolejny wyjazd.

Wybór padł oczywiście na Azję i w sumie było nam obojętne gdzie, byle tylko znowu w tamte tereny 🙂

Promocja lotnicza do Singapuru i Jakarty zachęciła nas do odwiedzenia Indonezji. Mieliśmy nadzieję, że doświadczymy równie niesamowitych przeżyć, co w Azji Południowo Wschodniej. Oczywiście nie zawiedliśmy się.

Trudno nam zdecydować, które miejsce urzekło nas najbardziej. Jednak trzeba przyznać, że Indonezja jest tak różnorodnym krajem, iż każdy na pewno znajdzie tu coś dla siebie.

Jeżeli kiedykolwiek wrócimy do Indonezji to marzy nam się pobyt w dżungli na Sumatrze oraz na Papui Zachodniej.

A teraz nasza lista miejsc w Indonezji, które na pewno warto zobaczyć:


1. Tana Toraja na wyspie Sulawesi

Tana Toraja
Tana Toraja Tongkonan (tradycyjny dom)


Lud Torajów
zachwyca przyjezdnych swoimi obrzędami pogrzebowymi. Dla mieszkańców tej wyspy, pogrzeb jest najważniejszym wydarzeniem w życiu, do którego należy się dobrze przygotować. Pośpiech nie jest wskazany. Nieboszczyk spokojnie musi poczekać na odpowiedni moment zanim zostanie pochowany (czasem może trwać to ponad rok). Uczty pogrzebowe trwają nawet kilka dni, liczba gości może dochodzić do 500 a zabitych bawołów do 100. Górski region Tana Toraja pokryty zielenią oraz licznymi tarasami ryżowymi kryje w sobie nie jedną tajemnice.

[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Tana Toraja” contextual=”btn-success” size=”btn-default” link=”https://byle-na-chwile.pl/sulawesi-region-tana-toraja-motorem/”]


2. Ubud na wyspie Bali

Ubud co zobaczyć
Uroczystości odbywające się na ulicach Ubud, Bali

Stolica kulturalna Bali jest centrum religijnym wyspy. W tym miejscu bez problemu będziemy mogli uczestniczyć w uroczystościach religijnych. Wizyty w licznych świątyniach pozwalają poczuć nam klimat wyspy. Tradycyjne przedstawienia tańca balijskiego z muzyką gamelanu zobaczymy i usłyszymy podczas licznych prób oraz specjalnie przygotowanych występów. Udud jest świetnym punktem wypadowym. Wypożyczasz motor i cała wyspa jest na wyciągnięcie ręki.

[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Bali i klimatycznym Ubud” contextual=”btn-success” size=”btn-default” link=”https://byle-na-chwile.pl/rajska-wyspa-bali/”]


3.Wyspy Gili

wyspy gili którą wybrać
Mt. Rinjani widziany z plaży wyspy Gili Meno

Marzysz o plaży z koralowym piaskiem oraz błękitnej, krystalicznie czystej wodzie. Wyspy Gili są najrozsądniejszym wyborem, aby zasmakować rajskiej plaży. Położone u wybrzeża wyspy Lombok, trzy małe wyspy są miejscem gdzie słowo relaks nabiera odpowiedniego znaczenia. Nurkowanie, oglądanie rafy i pływanie z żółwiami wodnymi jest jedną z ulubionych w tym miejscu aktywności.

[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o rajskich wyspach Gili” contextual=”btn-success” size=”btn-default” link=”https://byle-na-chwile.pl/wyspy-gili-lombok/”]


4. Wulkan Rijani na Lomboku

wulkan Rinjani trekking
Wschód słońca Mt. Rinjani 3726m n.p.m

Wulkany są niesamowite a ponieważ to góry to opuścić nie możemy. Wspinaczka na Rijani sama w sobie jest niesamowita. Najpierw przejście przez tropikalny las do krateru wulkanu, gdzie odbywa się nocleg, aby następnie w nocy przy niskiej temperaturze wspinać się na szczyt krateru. Jeden krok do góry ale i dwa w dół bo trasa to żwirowisko. Ale warto. Widok z góry jest niezapomniany.

[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o wulkanie Rinjani” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/lombok-wspinaczka-wulkan-rinjani/”]


5. Wulkan Bromo na Jawie

Bromo trekking
Bromo i koledzy w całej okazałości

Kolejny wulkan, ale jakże niepodobny do innych. Krater Tengger o średnicy 10 km zawiera w sobie trzy inne wulkany: Kursi, Bromo i Batok. Mt Batok wygląda dokładnie jak wielkanocna babka piaskowa a Bromo burza w powietrze oparami siarki. Wschód słońca z widokiem na wulkany przypominam nam tylko widok jak na księżycu.

[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Bromo” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/wulkan-bromo-wschod-slonca/”]


6. Wulkan Kawah Ijen na Jawie

Kawah Ijen górnicy
Zabójczy odór tlenku siarki, chusta pomaga jedynie w małej części, Kawah Ijen


Kawah Ijen
to dla nas jeden z najbardziej fascynujących wulkanów. Nienajwyższy, który odwiedziliśmy jednak najbardziej interesujący, dzięki pracującym tam górnikom. Ludzie z żelaza, a w zasadzie z siarki –  tak ich nazywamy. Górnicy każdego dnia na swoich barkach dźwigają 80-90 kg kosze wypełnione siarka. Większość w japonkach przemierza trasę 2-3 razy dziennie. Za kilogram tego kruszcu otrzymują 600 rupi- woda mineralna kosztuje 3000. Trasa ich morderczej wędrówki to ok. 3km raz pod górę raz w dół. Na dole opary siarki drażnią błony śluzowe. Jest to ciężka praca w nieludzkich warunkach za śmieszne pieniądze.

[pi_wiloke_button button_name=”Poczytaj o Kawah Ijen” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/kawah-ijen-gornicy-spod-ziemi/”]

 

Więcej wpisów o naszej podróży po Indonezji znajdziecie TUTAJ

 

Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat.
Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂

Waranasi – święte miasto śmierci

[pi_wiloke_button button_name=”Fotki z Waranasi” contextual=”btn-success” size=”btn-default” link=”https://byle-na-chwile.pl/waranasi-smierc-nad-gangesem/”]

Waranasi miało być dla nas ukoronowaniem podróży po Indiach. Budzące zachwyt wśród turystów wzbudziło i w nas podobne uczucia. Miasto stanowi ważny ośrodek kultu dla wyznawców hinduizmu i buddyzmu. Przepływająca przez niego święta rzeka Ganges przyciąga jak magnes. Rytualna kąpiel w rzece oraz spalenie zwłok na ghatach (schody prowadzące do rzeki) są ważnym wydarzeniem w życiu Hindusów.

 

Waranasi miasto
Czas „płynie” powoli nad Gangesem
Waranasi miasto
Wagon klasy „sliper” czyli wygoda inaczej.

Ponad 11 godzinna podróż z Agry do Waranasi pociągiem klasy tzw. „niskiej”(sleeper) nareszcie się zakończyła. Noc była ciężka, kraty w oknach wagonów przymykane jedynie drewnianymi deskami przez które niemiłosiernie wdzierało się mroźne powietrze. Ciągłe szturchanie przez poszukujących wolnego miejsca na pryczy lub bezpośrednio pod nią.  Na szczęście obecny w naszym przedziale policjant z karabinem sprawiał, że czuliśmy się bardziej bezpieczni. Oby tak dalej.

Do Waranasi dojechaliśmy z opóźnieniem, pomimo tego wysłannik z guest house-u cierpliwie na nas czekał. Pierwszy raz zarezerwowaliśmy nocleg z wyprzedzeniem, ale bez przedpłaty i warto to zrobić w tak turystycznym miejscu jak Waranasi. Warto również jeśli zależy nam na fajnym miejscu, niedrogim i usytuowanym bezpośrednio nad gathami. Nasz hostelowy przewodnik prowadził  z zawrotną prędkością tuk-tuka przez zakorkowane miasto. Potem spacer, bo dalsza droga nie pozwalała na przeciśnięcie się w niej motoru z przyczepką. Co chwile musimy uważać na bardzo liczne kupy pozostawione przez spacerujące uliczkami „święte krowy”. A gdzie ta ich świętość w tych kupach? 🙂 Smród moczu wskazuje, że każda ściana to latryna i śmietnik zarazem.

Waranasi miasto
Wąskie uliczki Waranasi

Nasz hostel umiejscowiony jest tuż nad ghatami (schody prowadzące do rzeki Ganges i ciągnące się wzdłuż niej) i mamy wspaniały widok z balkonu i restauracji na dachu.

Waranasi miasto
Widok na Ghaty z naszego hostel-u

Szybki prysznic, śniadanie i udajemy się w stronę ghatów. W pierwszej kolejności idziemy w stronę Manakarnika Ghat, miejsca kremacji zwłok. Jest to najbardziej popularne miejsce nad Gangesem, gdzie palone są zwłoki i to przez 24h. Dla Hindusów kremacja nad świętą rzeką jest najważniejszym celem w życiu. Daje ona możliwość wyrwania się z ciągłego cyklu narodzin i śmierci.

Cała uroczystość robi wrażenie. Zwłaszcza, że po chwili palenia widzisz wyginające się części ciała. Popiół i resztki ludzkie wrzucane są do rzeki. Nie wszystkie rodziny stać na odpowiedni pochówek. Koszt drewna używanego do kremacji zwłok jest bardzo wysoki i tylko nieliczni mogą pozwolić sobie na komfort ułożenia odpowiedniej masy drewna na stosie.
Nie do końca spopielone ciała unoszone są nurtem w dół rzeki. Sami mieszkańcy miasta i pielgrzymi oczywiście nic sobie z tego nie robią, widok ten staje się częścią krajobrazu.  A Ganges nie na darmo otrzymuje tytuł najbardziej zanieczyszczonej rzeki świata. Wielokrotnie się  przekonujemy że tytuł ten na Hindusach nie robi żadnego wrażenia. Rytualna kąpiel, wykonywanie prania czy mycie zębów wodą z rzeki jest tak naturalne jak wschód czy zachód słońca. Nas pewnie sama styczność z tą wodą by powaliła aczkolwiek Łukasz miał ochotę się w niej obmyć, ostatecznie zabrakło ręcznika 😉

Waranasi miasto
Codzienność, zwłoki w ostatniej w podróży.
Waranasi miasto
Poranna toaleta w Gangesie

Spacerujemy dalej, ciągle nagabywani do zakupu czegoś, do ogolenia brody czy masażu dłoni. Wieczorem warto udać się na Ghat Dasaswamedh, gdzie odbywają się wieczorne modły (aarti). Ceremonie z ogniem wykonywane są przez brahminów.
Mamy szczęście bo dodatkowo jesteśmy w czasie wielkiego festiwalu, na który zjechali pielgrzymi z wielu stron Indii. Monotonna muzyka uspokaja i nawet ogromny tłum nam nie przeszkadza. Pielgrzymi puszczają świece na wodzie i poddają się rytualnej kąpieli. Uroczystości trwają do bardzo późna, a ogromna większość przybyłych na uroczystości wiernych rozkłada koce na płytach betonowych czy schodach wijąc sobie wygodne gniazdko, w którym doczekują do rana. Bezdomni i żebracy, którzy w ogromnej ilość zjechali do miasta, tego dnia nie mogą narzekać. Hindusi hojnie ich obdarowują jedzeniem i drobnymi pieniędzmi.

Waranasi miasto
Uroczystości na cześć księżyca
Waranasi miasto
Święto ksieżyca, obmywanie ciała w Gangesie, Waranasi

Następnego dnia jeszcze przed wschodem słońca zrywamy się z łóżek. Po chwili zbiegamy po schodach wprost w ramiona kajakarza o imieniu Papo! Zabiera nas w podróż wzdłuż ghatów świętych wód Waranasi. Wątły szczuplutki, subtelny mocarz wymachuje wielgaśnymi wiosłami w dłoniach. Poranna mgła nie pozwala w pełni cieszyć się wschodem słońca, liczymy że później się podniesie. Podobno od 2 tygodni tak już tu jest, ale jutro będzie „good”, zapewnia Papo! Płyniemy dalej. Coraz więcej pielgrzymów udaje się na rytualną kąpiel (pudźa). Poranek jest dość zimny ale to ich nie zniechęca. Trzykrotne pełne zanurzenie w wodzie i odmówienie modlitwy daje oczyszczenie.
Po półtoragodzinnym dryfowaniu schodzimy na ziemię. Spacerujemy dalej wzdłuż ghatów, gdzie toczy się codzienne życie mieszkańców.

 

Waranasi miasto
Poranne obrzędy religijne, Waranasi

Kolejny dzień spędzamy w „mieście”. Choć trudno to nazwać miastem. Przeciskamy się wąskimi uliczkami starając się nie wdepnąć w krowie miny i kałuże. Nadal nas zadziwia, że miejscowi nie mają problemów z chodzeniem bez butów. Nie myślę tutaj oczywiście o bezdomnych. Święte krowy albo grzebią w śmieciach albo się droczą zagradzając pieszym drogę, walczą z psami o swoje terytorium odwiedzają stragany i małe sklepiki z najróżniejszymi drobiazgami. Podobno taka krowa pokonuje około 20 km dziennie w poszukiwaniu jedzenia. Podobno codziennie pokonują te samą trasę odwiedzając te same domostwa, które obdarywują je świeżą strawą. A my po raz kolejny przechodzimy od jednego ghatu do następnego gdzie ciągle odbywają się kremacje (ghat Manikarnika czy ghat Harishchandra).

 

Waranasi miasto

Waranasi miasto
Tradycyjny pogrzeb, palenie zwłok, fotografowanie bezwzględnie zabronione, Waranasi

Po drodze jesteśmy świadkiem ogromnego prania ubrań oczywiście w wodach Gangesu. Jeden z mieszkańców postanowił zrobić praie na ghacie gdzie dokonywane jest palenie zwłok. Pewnie było mu najbliżej. Na głównym schodach- Dasaswamedh non stop gra muzyka, a pielgrzymów ciągle przybywa, na poranne obmyewanie i wieczorne uroczystości puri.  . Jest to również popularne miejsce wśród nowożeńców, gdzie wraz z całą rodziną schodzą schodami wprost do wód Gangesu by zasiąść w jednej z łodzi i odpłynąć.

Waranasi miasto
Panna Młoda, w oczach nie widać radości.

Przychodząc z rana można wziąć porządna kąpiel wraz z praniem, potem ogolić i ostrzyc się dokładnie, pomodlić, zjeść, odpocząć i tak może minąć cały dzień. I to wszystko w jednym miejscu. Waranasi zadziwia. A my wieczorem już wyjeżdżamy, a szkoda. Spacer po ghatach, mimo brudu i smrodu na długo pozostawi niezapomniane wspomnienia.

Waranasi miasto
Życie nad Gangesem „płynie” powoli

[pi_wiloke_button button_name=”Fotki z Waranasi” contextual=”btn-success” size=”btn-lg” link=”https://byle-na-chwile.pl/waranasi-smierc-nad-gangesem/”]

 

Więcej wpisów o naszej podróży po Indiach znajdziecie TUTAJ

 

Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat.
Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂

Yogyakarta i świątynie Borobudur, Prambanan

Balijczycy mają swoje Ubud a Jawajczycy Yogyakarte. Kulturalna stolica Jawy Yogyakarta jest turystycznym miejscem głównie z powodu bliskość najważniejszych świątyń  Indonezji – Borobudur i Prambanan.

Po 9 godzinach jazdy lokalnym autobusem spod wulkanu Bromo dostaliśmy się do Yogyakarty. O tak wczesnej godzinie nie chciało nam się już szukać bemo i z parą Francuzów wynajmujemy taksówkę. Dojeżdżamy na ulicę Sosrrowijayan, gdzie znajdują się najtańsze noclegi. Niestety wszystko jest zajęte. W najtańszym z losmenów Anda czekamy aż ktoś się wykwateruje. I udało się o 7:30 mamy już pokój. Jest przyjemnie zwłaszcza ze rzadko nam się zdarzyło spać za tak niska cenę.

Co widzieliśmy w Yogyakarta?

Nie marnujemy czasu i wyruszamy w miasto. Drogą Malioboro, która jest ogromnym targowiskiem i głównym punktem turystycznym miasta udajemy się w kierunku pałacu sułtana Keraton. Sprzedawcy, kierowcy becaków i taksówek non stop nas nawołują i jest to bardzo męczące. Oczywiście skusiliśmy się na kilka zakupów. Po drodze zagaduje nas student. Podczas wspólnego obiadu doradza nam w wielu sprawach związanych z miastem i okolicą. Nie sprzeciwiając się zaprowadza nas do jednej z galerii połączonej z pracownią tworzenia batiku. Oczywiście twierdzi, iż jest to miejsce niekomercyjne otwarte tylko 2 razy w tygodniu przez parę godzin. Studenci i artyści z uniwersytetu przedstawiają tutaj swoje prace. Nie czujemy się nagabywani, więc zostajemy aby poznać proces tworzenia charakterystycznych dla Indonezji materiałów. Pokazano nam cały proces i w jaki sposób można rozpoznać czy materiał jest prawdziwy. Batik tworzony jest głównie na materiałach bawełniany poprzez nakładanie kolejnym warstw wosku i kąpieli tkaniny w barwniku. Tkanine farbuje tylko w miejscu niepokrytym woskiem.

Kulturalna stolica Jawy Yogyakarta
Tak tworzy się niezwykle cenione rękodzieło jakim jest batik
Kulturalna stolica Jawy Yogyakarta
Proste narzędzia i materiały niezbędne do tworzenia batiku.

Po takiej prezentacji nabywamy mały obraz. Wracamy becakiem (rowerek z siedzeniem z przodu dla pasażerów) pod pałac sułtana Keraton. Musimy długo się targować o cenę choć i tak jest trzy razy wyższa niż dla lokalsa inaczej wolą nie jechać. Pałac sułtana, tak jak słyszeliśmy wiele opinii, nie powala. Trochę nie warty swej ceny. Na szczęście udaje nam się zobaczyć jedno z przedstawień wayang z lalkami drewnianymi w głównej roli.

Kulturalna stolica Jawy Yogyakarta

Kulturalna stolica Jawy Yogyakarta
Tradycyjne przedstawienie jawajskie „wayang”

Yogyakarta jest najlepszym miejscem aby zobaczyć produkcję batiku, przedstawienia teatrów cieni oraz tradycyjny balet. Jest również głównym punktem wypadowym na wulkan Merapi, czarne plaże morza Jawajskiego oraz świątynie Borobudur i Prambanan.

Decydujemy się zobaczyć najważniejsze świątynie. Wypożyczymy motor chociaż niestety już ostatni raz podczas naszego pobytu w Indonezji. Ponad 40 km do Borobudur pokonujemy dość szybko. Na miejscu jesteśmy po 8 rano co pozwala nam zwiedzać bez tłumów.

Świątynia Borobudur powstała około VI – VII wieku, ale od XV wieku straciła swoją pozycję i niszczała przez lata. W XIX wieku została odkryta na nowo przez brytyjskiego oficera, ale konserwację rozpoczęli na dużą skalę Holendrzy. Budowle całkowicie rozebrano i każdy z kamieni został oczyszczony, poddany konserwacji i ułożony w odpowiednim miejscu.

borobudur
Wiele kamieni czeka na powrót do świątyni

Świątynia składa się z dziewięciu pięter – tarasów (sześć kwadratowych oraz trzy okrągłe. Niższe piętra zdobione są licznymi płaskorzeźbami prezentującymi sceny z życia Buddy. Świątynia nie jest otwarta i służy tylko do rytualnej pielgrzymki. Trzy ostatnie tarasy pokryte są 72 dogoby, które wyglądają jak „odwrócone filiżanki” z posągami Buddy w środku.

Świątynia Borobudur
Świątynia Borobudur

Spacerujemy poszczególnymi poziomami oglądając reliefy przedstawiające różne historie i obyczaje. Warte odwiedzenia są również muzea przy wyjściu, gdzie można zobaczyć replikę statku którym pływali indonezyjscy kupcy na Madagaskar. W 2003 udało się powtórzyć ten rejs.

Świątynia Borobudur
Świątynia Borobudur
Borobudur
W każdym dzwonie widocznym z tyłu znajduje się posąg małego buddy.

Po południu pędzimy już do świątyni Prambanan na trasie do Solo. W świątyniach hinduistycznych poświęconych trójcy bogów – Wisznu, Śiwie, Brahmie nie możemy spędzić za dużo czasu, gdyż zamykają przed 18. Na szczęście udaje nam się zobaczyć najważniejszy kompleks przy zachodzie słońca. Duża cześć tego kompleksu i trzech innych świątyń została poważnie zniszczona podczas ostatniego trzęsienia ziemi w 2006 roku.

Na wieczór mamy kupione bilety na przedstawienie baletu Ramajana w otwartym teatrze tuż przy świątyniach Prambanan. Kupujemy najtańsze bilety ale przez pomyłkę po wejściu dostajemy miejsca w lepszym sektorze tuż przy scenie. Przedstawienie było niesamowite. Pełne tańca, kolorów, wspaniałych kostiumów i muzyki gamelanu. Brało w nim udział wielu aktorów i historia sama w sobie była bardzo ciekawa.

Kulturalna stolica Jawy Yogyakarta
Gra muzyki świateł i dźwięków- Świątynia Prambanan

Kulturalna stolica Jawy Yogyakarta
Droga powrotna do Yogyakarta nocą na motorku nie należała do najprzyjemniejszych. Ale muszę przyznać, iż Łukasz jeździł już jak prawdziwy Indonezyjczyk 🙂

 

Więcej wpisów o naszej podróży po Indonezji znajdziecie TUTAJ

 

Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat.
Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂

Wulkan Bromo – wschód słońca jak na księżycu

Pobyt w Indonezji był dla nas bliskim spotkaniem z wulkanami. A że góry uwielbiamy to każde wyjście na szczyt sprawiało nam radość.
Pobyt na wulkanie Kavah Ijen był niezapomniany, ale niestety czas ruszyć dalej. Wulkan Bromo już czekał na nas 🙂

Wulkan Bromo – jak się dostać?

Z dworca Ketapang dość szybko odjeżdża lokalny autobus do Probolingo. Ok 5 godzinna trasa przebiegła dosyć przyjemnie. Kierowca pędził na złamanie karku, ale dzięki temu nie smażyliśmy się w środku przy otwartych oknach.
Przystanki dla podróżnych są w każdym miejscu i każdy, kto chciał podróżować z nami musiał zajęczym susem wskoczyć do pojazdu. Dłuższe postoje były nam „umilane” przez różnych grajków, którzy śpiewali i grali na gitarze, bębnach, cymbałach i jeszcze paru własnoręcznie zrobionych instrumentach. Czasami rzeczywiście z dużym powodzeniem.
Po przyjeździe na dworzec w Probolingo tłum kierowców otaczył nas wianuszkiem. Każdy chce wiedzieć gdzie jedziemy. My, na szczęście już wiedzieliśmy, iż zielone minibusy odjeżdżają pod wulkan Bromo. Decydujemy się tylko na tego, gdzie jest najwięcej osób i odjedzie natychmiast a nie będzie czekał parę godzin na wypełnienie pasażerami. Łukasz załapał się na VIP-owskie siedzenie na dachu.

wulkan Bromo
Czasami na dachu najwygodniej
wulkan Bromo
Uwaga na kable zwisające nad ulicą!

Krętą drogą wspinaliśmy się do wioski Cemoro Lawang, która położona jest na krawędzi krateru. Za oknami pola uprawne: cebula, pomidory, ziemniaki. Czujemy się jak w Polsce. Po około godzinie dojechaliśmy do samej krawędzi kaldery. Parę kroków i już księżycowy obraz przed nami.

Wybraliśmy jeden z losmenów z pokojami do wynajęcia (tanio chociaż warunki fatalne), zjedliśmy obiad i od razu zdecydowaliśmy się zejść na dno kaldery.

wulkan Bromo
Widok na Bromo i sąsiadujące twory wulkaniczne

Ścieżka– tzw skrót jest obok hotelu z posagiem jeźdźca na koniu. Tak jest najszybciej i nikt nie pobiera żadnej opłaty za wejście.

Mieliśmy 3 godziny do zachodu słońca. Krater Tengger o średnicy 10 km zawiera w sobie trzy inne wulkany: Kursi, Bromo i Batok. Podziwiamy wulkan Mt Batok, który wygląda dokładnie jak wielkanocna babka piaskowa. Oczywiście nie możemy się powstrzymać i wychodzimy na wulkan. Ścieżka była strona i można łatwo się poślizgnąć. Z góry mamy już piękny widok na wulkan Bromo i Semeru.

wulkan Bromo
Widok z batok-a, na pierwszym planie Bromo a po prawej w oddali Semeru.

Już po zmroku dotarliśmy do wioski. Temperatura bardzo spadła ale i tak nie spaliśmy bo o 2:30 pobudka.  Kiedy to się skończy? 🙂 Od momentu wulkanu Rinjani co parę dni wstawaliśmy przed wschodem słońca.

Przepiękny spektakl kolorów czyli wschód słońca na Bromo

Oczywiście nie zdecydowaliśmy się na przejazd jeepem na wschód słońca ze szczytu Pananjakan (2770m) na krawędzi Tenggeru. Najlepiej wyjść tam samemu. Zgodnie z mapką ręcznie przygotowaną przez naszych znajomych podążamy na punkt widokowy. Najpierw drogą asfaltową, która odchodzi od hotelu z posagiem jeźdźca na koniu. Później ścieżką przez krzaki i po schodkach dochodzimy do punktu widokowego, który jest poniżej – Penanjakan, gdzie jest około 200 osób, którzy przybyli tam jeepami. My się na to nie piszemy wolimy w ciszy delektować się widokiem, a jest to możliwe kilkadziesiąt metrów poniżej głównego punktu widokowego. Słońce wschodzi około 5.30 i na szczęście, bo temperatura nie była za wysoka. Spektakl kolorów i odcieni rozgrywa się przed nami a widoki na długi czas pozostaną w naszej pamięci.

wulkan Bromo
Bromo i koledzy w całej okazałości

Powoli wróciliśmy do wioski tą samą drogą. Oczywiście chcieliśmy jeszcze wejść na wulkan Bromo ale dopiero jak karawana jeepów z turystami odjedzie. Szczyt Bromo chociaż wznosi się na wysokość 2392 m n.p.m to tylko 133 metry ponad kalderę. Na szczyt prowadzą betonowe schody. Na szczycie z wnętrza wydobywa się już nam dobrze znana śmierdząca woń siarki. Widoki jak zwykle księżycowe. Morze piasku a w oddali inne wulkany. Pięknie prezentuje się również hinduistyczna świątynia Pura Luhur Poten u podnóża Bromo.

wulkan Bromo
Świątynia Pura Luhur Poten u podnóża Bromo.
wulkan Bromo
Z lewej strony Mt. Batok który wygląda dokładnie jak wielkanocna babka piaskowa.

 

Więcej wpisów o naszej podróży po Indonezji znajdziecie TUTAJ

Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat.
Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂

 

Lombok oraz wspinaczka na wulkan Rinjani

Opuszczamy Bali i udajemy się na Lombok. Muzułmańska wyspa jest bardzo zróżnicowana pod względem etnicznym i kulturowym. Zielone krajobrazy ustępują suchym terenom. Wulkan Rinjani wysoko góruje nad wyspą.

Mt. Rinjani
Mt. Rinjani najwyższa góra (wulkan) wyspy Lombok, widziany z wysp Gili

 

Co warto zobaczyć na Lomboku oprócz wysp Gili?

Spędzamy cudowne dni na rajskich wyspach Gili na północy od wybrzeży Lomboku a później meldujemy się na południu wyspy w Kucie (ale to nie ta sama co na Bali). Z poznanymi Czechami odkrywamy okoliczne tereny na motorze. Szerokie, puste plaże oraz kilku metrowe wysokie fale przyciąga serwerów nawet z Australii.

Kuta-Lombok a w oddali raj dla serferów
Kuta-Lombok a w oddali raj dla serferów 

 

Odwiedzamy wioskę Sade – tradycyjna wioskę ludu Sasaków, którzy tam mieszkając i pracują. Wioska nastawiona jest również na turystów. W wiosce Penujak wyrabiane są natomiast naczynia i dzbany z gliny metoda ręczna bez koła garncarskiego. Wchodzimy do poszczególnych domostw, gdzie następuje produkcja, wypalanie i wysyłka.

Wioska Sade, naczynia świeżo palone w cenach hurtowych
Wioska Penujak, naczynia świeżo palone w cenach hurtowych
Tradycyjne tkanie/przędzenie, Lombok
Tradycyjne tkanie/przędzenie, Lombok

 

Wspinaczka na wulkan Rinjani

Jednym z naszych marzeń, które chcieliśmy bardzo zrealizować podczas pobytu w Indonezji było wyjście na wulkan Rinjani. Cena wspinaczki niestety nie zachęcała i już myśleliśmy, że nic z tego nie będzie. Szczęście uśmiechnęło się do nas i na trasie przejazdu z wysp Gili do Kuty. Po godzinach pertraktacji z kierowcą udało nam się zejść o 40 % z ceny, o której czytaliśmy na różnych relacjach jeszcze z Polski.

Po kilku dniach w Kucie wyruszamy znów na północ w stronę wulkanu Rinjani. Oczywiście musimy się zatrzymać w agencji kierowcy, aby uregulować cześć płatności. Jesteśmy przekonani ze jest to prowizja dla niego. Ruszamy do Sengigi a potem kolejna przesiadka do jeepa i w miłym towarzystwie angielsko-chińskiej pary jedziemy do Senaru, bazy pod wulkanem Rinjani. Dostajemy przyzwoity pokój, ale z 2 mieszkańcami – ogromnymi pająkami. Rozprawiamy się z nimi szybciutko i mamy całe popołudnie na relaks. Idziemy spacerkiem do 2 wodospadów. Pierwszy z nich jest łatwo dostępny, do drugie dochodzimy przez las i rzekę. Krople wody unoszą się tak daleko ze ciężko zrobić zdjęcie. Łukasz nie może się opanować i podchodzi blisko. Upada do wody wraz ze sprzętem. Trochę wygląda to groźnie, ale na szczecie nic się nie dzieje z aparatami, no i oczywiście z nim :).

wulkan Rinjani
Wodospady niedaleko miejscowości Senaru, baza wypadowa na Rinjani

Wieczorem mamy spotkanie z przewodnikiem, który omawia nam trasę trekkingu. Trochę jesteśmy zdziwieni, bo okazuje się że mamy spędzić 2 noce w górach a byliśmy przekonani ze 2 noce to są wraz z pobytem w Senaru. Oczywiście nam się to podoba, czyli cena, która zapłaciliśmy była bardzo korzystna.

Z dwójka Francuzów wyjeżdżamy ciężarówka w stronę Sembulan, z którego rozpoczynamy nasze wyjście. Trasa z Sembulan jest dogodniejsza, gdyż już na drugi dzień nad ranem wychodzi się na szczyt Rinjani, co jest najtrudniejsza częścią tej wspinaczki. Sembulan jest na wysokości 1000 m.n.p. Przez zielone wzgórza wspinamy się coraz wyżej. Nasi porterzy – tragarze, którzy na swoich ramiona dźwigają w koszach bambusowych po 30 kg sprzętu i jedzenia pędzą na górę jak kozice ale w klapeczkach. My jesteśmy bardzo zmęczeni upałem i wysokością a oni pokonują trasę dwa razy szybciej. W południe oczywiście jest nam serwowany obiad. Zupa z proszku gotowana na ogniu i ananas.

wulkan Rinjani
Początek 9 godzinnego trekkingu do obozu noclegowego zlokalizowanego na wys. 2600 m. npm, Mt. Rinjani
wulkan Rinjani
Posiłek na świeżym powietrzu

Po ciężkim podejściu, gdzie każdy krok to kolejne wyzwanie, jesteśmy na krawędzi krateru – 2600 m.n.p.m. Obóz z namiotów szybko powstaje. Poznajemy Francuzów, Anglików, Niemców, którzy również z nami będą zdobywać szczyt. Niestety temperatura spada do 10 stopni i wieje. Zmarznięci oglądamy zachód słońca, popijając gorąca herbatę i uciekamy do namiotu na krótki sen.

wulkan Rinjani
Miejsce obozu noclegowego na wys. 2600 m. n.p.m

Po nieprzespanej nocy wyruszamy o 3 rano na szczyt. Jest zimno. Bardzo powoli pniemy się do góry. Trasa to wąska, śliska, żwirowa droga. Musimy napinać ostro mięśnie aby się nie poślizgnąć. Po godzinie mamy dość. Po dwóch godzinach jest tak zimno i wieje przeraźliwie lodowaty wiatr ze chce się wracać. Ostatnia godzina to podejście. Pochyła na 75 stopni ściana, gdzie trasa to żwirowisko. Jeden krok i dwa zjeżdżasz w dół. Ja wychodzę na czworakach. Łukasz już płacze. Ostatnie metry to już mordęga. Ale nareszcie się udaje. Stajemy na Rinjani (3726 m.n.p.m). Słońce powoli wstaje. Szkoda że nadal jest bardzo zimno.
Aparaty idą w ruch a widoki zapierają dech w piersiach. Widzimy w dole kolejny krater wulkanu oraz sąsiednie wyspy. Przestrzeń jest ogromna. Zejście ze szczytu to tylko zjazd. Stopy zapadają się całkowicie w żwirze. Jesteśmy bardzo zadowoleni że się nam udało.

wulkan Rinjani
Wulkaniczne podłoże nie ułatwia wchodzenia.
wulkan Rinjani
Wschód słońca Mt. Rinjani 3726m n.p.m

wulkan Rinjani

wulkan Rinjani

Po śniadaniu kolejny etap to zejście do krateru gdzie znajduje się piękne turkusowe jezioro i inny aktywny, idealnie stożkowy wulkan, który widzieliśmy ze szczytu. Zejście nie należy do łatwych. Stroma trasa wije się na ścianach krateru. Po 3 godzinach wreszcie wykończeni jesteśmy na dole. Kąpiemy się w gorących źródłach siarkowych, które całkowicie odbierają nam już siły. A tu jeszcze kolejny raz wyjście na ścianę krateru tylko z drugiej strony. Wspinamy się 500 metrów pionowo do góry na krawędź krateru na wysokość 2600 m.n.p.m. Ostatni raz widzimy jezioro i wulkan Rinjani, na który z niedowierzaniem patrzymy że udało nam się go zdobyć. Nocleg mamy w obozie 200 m poniżej krawędzi krateru. Noc również nie należy do udanych, bo trafiliśmy na taki polski halny i namiot prawie nam odleciał. W środku mieliśmy przez to małą burzę piaskowa.

wulkan Rinjani
Miejsce drugiego obozu noclegowego.

Z samego rana nadal wieje. Szybko uciekamy z obozowiska. Zejście zajmuje nam 4,5 godzinny. Nie mamy już sił. Każdy mięsień nas boli. W Senaru musimy czekać na transport do Mataram, gdzie planujemy nocleg aby następnego dnia jechać do Ubud. Taka wersja nas zbytnio nie satysfakcjonuje, bo tracimy 2 dni zanim pojawimy się na Jawie. Udaje nam się zmienić bilety na nocny autobus z Mataramu do Katepangu na Jawie. Podróż trwa ponad 12 godz 2 promami i autobusem.

Dzięki temu jesteśmy szybko na Jawie, gdzie kolejne niesamowite wulkany jak: Kavah Ijen, Bromo czekają na nas.

 

Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat.
Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂

Wyspy Gili (Lombok) – nareszcie odpoczywamy

Jesteśmy w Azji i wreszcie przyszedł czas na odpoczynek. Marzymy o plaży z koralowym piaskiem oraz błękitnie lustrzaną wodą.
Wychwalane plaże Bali jakoś nie przypadły nam do gustu. Decydujemy się pojechać na wyspę Lombok.
Wyspy Gili, tuż przy wybrzeżu Lomboku stają się najrozsądniejszym wyborem aby zasmakować rajskiej plaży i trochę spiec nasze europejskie ciała na kolor czekoladowy.

Wykupujemy przejazd małym busem z Ubud następnie czterogodzinna podróż promem na Lombok i kolejny bus na północ wyspy. Okolo 18 podjeżdżamy do portu Bangsal i czekamy na lodzie. Oczywiście nikt nie wie o której będą dokładnie. Na naszą wyspę płyniemy tylko my i czwórka Rosjan.

wyspy Gili
Łódka na wyspę Gili

Którą wyspę Gili wybrać?

To zależy czego szukasz :). Trzy małe wyspy położone są na północ od wybrzeża Lomboku. Z plaży możemy oglądać wulkan Rinjani na Lomboku i Agung na Bali. Na największej z wysp Gili Trawangan, gdzie znajdziemy kluby i bary ale jest najwięcej turystów. Gili Air ma najwięcej lokalnych mieszkańców i dostęp do słodkiej wody. Gili Meno znajduje się pomiędzy dwiema innymi. Jest najmniejszą i najbardziej kameralną wyspą.
I dlatego właśnie ją wybieramy.

wyspy Gili
Na wyspie jedyny transport to powóz konny lub rower
wyspy Gili
Miejscowe wyspiarki

Spędzamy kilka dni w tym raju. Dni upływają na pływaniu, snorkelingu, odkrywaniu rafy koralowej, pływaniu z żółwiami morskimi i całkowitym odpoczynku. Wyspa jest naprawdę malutka. Od strony wschodniej jest kilka miejsca, gdzie możemy wynająć bungalow i kilka małych restauracyjek. Część zachodnia w czasie kiedy byliśmy była jeszcze niezagospodarowana. Teraz jednak cywilizacja tam zawitała.

wyspy Gili
Egzotyka jak na dłoni

Słońce praży przez cały czas i zatrzymuje nas na dłużej w tym raju. Spalone ciała musimy podleczyć.
Nie narzekamy i korzystamy nabierając siły przed dalszym etapem podróży.

Wyspy Gili są cudowne.

wyspy Gili
Co się złapie to wieczorem na talerzu
wyspy Gili
Obok roweru, powóz konny to najszybszy transport
wyspy Gili
Wodowanie Katamaranu

 

Więcej o naszej podróży po Indonezji znajdziecie TUTAJ

 

Podobał Ci się wpis? Dołącz do Nas na Facebooku, gdzie znajdziesz bieżące relacje i zdjęcia. Jesteśmy bardzo ciekawi co myślisz. Będzie nam bardzo miło jeżeli klikniesz „lubię to”, zostawisz komentarz lub prześlesz post w świat.
Zapraszamy Byle-na-chwile 🙂